paź 012012
 

Podczas ostatniego spotkania w Bielawie,  zainicjowaliśmy współpracę z firmą „Bibliotheca Silesiana”. Rezultatem podjętych działań jest umowa partnerska na mocy której, będziemy starali się przybliżyć lokalną historię ziemi dzierżoniowskiej. Wyniki wspólnych prac będziemy prezentować w kolejnych wpisach na łamach naszego kalendarium.

Dodaj komentarz

Udostępnij
wrz 152012
 

Z okazji obchodów Europejskich Dni Dziedzictwa (EDD) zapraszamy Państwa na spotkanie 15 września 2012 o godz.16, którego tematem będą między innymi podziemne obiekty militarne z czasów II Wojny Światowej, ulokowane na terenie Wałbrzycha i w jego okolicach. Będzie to już drugie spotkanie z cyklu imprez EDD. Na pierwszym wykładzie dr Rafała Brzezińskiego można się było dowiedzieć między innymi, że nasze regionalne czereśnie, były dawniej cenionym rarytasem w Paryżu i Berlinie, a ich transport do europejskich stolic, w czasach, gdy królowała jedynie kolei parowa, trwał zaledwie jeden dzień.

Na szczególną uwagę zasługuje miejsce spotkań – dość niecodzienne bielawskie muzeum, którego eksponaty pochodzą z wielu dziedzin życia mieszkańców dawnej Bielawy. Nadaje to niepowtarzalny klimat wszelkim odbywającym się tam imprezom.

Podczas wykładu będzie można także obejrzeć wystawę widokówek poświęconą sowiogórskim schroniskom. Tym bardziej jest nam niezmiernie miło zaprosić Państwa do odwiedzenia tego wyjątkowego miejsca.

Galeria 😉

Aktualizacja 15.09

Dziękujemy Państwu za liczne przybycie oraz okazane zainteresowanie. Mamy nadzieję, że pomimo braku sensacji liczonej  miarą wydanych ostatnimi czasy książek fantastyczno-naukowych,  udało nam się pokazać, że Historia sama w sobie jest już wystarczająco ciekawa. Miło było gościć w Bielawie, która pod względem kultywowania swojej historii- śmiało można stwierdzić- wiedzie prym pośród dolnośląskich miejscowości. Wszystko to oczywiście za sprawą fantastycznej działalności dr Rafała Brzezińskiego i Anny Węclewskiej. Dzisiaj, jesteśmy już pewni, że nasza współpraca nie zakończy się na tym jednym spotkaniu o czym na bieżąco będziemy Państwa informować w kolejnych wpisach na stronie. Tymczasem zapraszamy do obejrzenia  Galerii 😉

Komentarze i pytania są mile widziane.

Udostępnij
wrz 072012
 

Z wielką przyjemnością chcielibyśmy Państwa poinformować o powstaniu nowego filmu pod tytułem „Riese. Tajemnice wykute w skale”. Jest to fabularyzowany dokument wyreżyserowany przez Macieja Kieresa i Wojciech Malinowskiego, który opowiada o projekcie Riese a także przedstawia dzieje Dolnego Śląska podczas ostatnich lat II wojny światowej. Jako ekspert, który pomagał przybliżyć filmowcom zagadnienia związane z projektem Riese, został zaproszony nasz kolega Piotr Kruszyński, który jest Członkiem Zarządu naszego stowarzyszenia. Wspólnie z Piotrem do Polski przyjechał też Dieter Zeigert, który jest współautorem znanej ksiązki „Kwatery Główne Fuehrera”. Cieszymy się, że jako DTH możemy wspierać inicjatywy popularyzujące tematykę historyczną na Dolnym Śląsku.

Komentarze i pytania są mile widziane.

Udostępnij
sie 282012
 

Przeczytaj w Kalendarium

Udostępnij
sie 182012
 

Poeta napisałby pewnie tak: „Tkwią niczym kamienne boje w ocenie czasu!”… i zasadniczo, najlepiej oddałby tymi słowami ich los. O kim lub o czym mowa? O pomnikach pamięci, lecz nie tych wyniosłych upamiętniających dobrze nam wszystkim znane osobistości lub wydarzenia historyczne, z którymi słowo pomnik najczęściej jest utożsamiane. Tym razem będzie to mini reportaż o kamiennych nieśmiertelnikach, często zaniedbanych, które są świadectwem byłych mieszkańców naszych „małych ojczyzn”. Ludzi, którzy tak jak my teraz, dbali niegdyś o swą ziemię, wkładając w to niejednokrotnie całe swoje serce, a nawet poświęcając własne życie.

Chcielibyśmy Państwu przybliżyć historię kilku z nich, zwracając tym samym szczególną uwagę na fenomen licznego występowania takich specyficznych pomników historii na Dolnym Śląsku. Jest ich wiele, lecz wskutek tego (lub dzięki temu), że zostały wykonane w tak symbolicznym materiale jakim jest niewątpliwie kamień, wciąż tkwią, ukryte gdzieś pośród otaczającej nas przyrody. Te, których czas nie zdążył schować, los różnie potraktował. Niektóre znalazły się w nasypach wokół miejskiego stadionu sportowego, inne posłużyły za fundament altanki działkowej, a jeszcze inne usychają zhańbione ludzką ręką i choć jeszcze istnieją to umarły już dawno w naszej pamięci.

♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦

„Dr. med. Oswal Mikule, zmarł tutaj 12.2.1931 ” – w 1902r. i 1903r. był wiceprezesem piławskiego oddziału Towarzystwa Sowiogórskiego (EGV Piława). Później (trzy lata bez informacji) od 1907 roku figuruje już jako pierwszy prezes, za którego kadencji wzniesiono pomniki: na Rybiej Górze wzniesiony w hołdzie poległym w bitwie pod Dzierżoniowem 16 XVIII 1762r. (wyst. w 1910 r.) i żołnierski (wyst. w 1920 r.) ku czci poległych w wojnach „1870-1871” i „1914-1918”. Kierował szpitalem na osiedlu Gnadenfrei (obecnie Piława Górna). Ostatnia znana nam data, w której występuje jako prezes, to rok 1922, lecz możliwe że był nim do śmierci.

♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦

Szczególna historia – kamień przetrwał dzięki temu że tkwił odwrócony w ziemi, po czym został odnaleziony i poddany renowacji, obecnie znalazł swoje nowe miesjsce w Bielawie, by znów przypominać mieszkańcom o wspaniałej historii ich miasta… gratulacje pomysłodawcom!

„Swojemu wielce zasłużonemu przewodniczącemu Panu Paulowi Felsmannowi E.G.V. Bielawa 1915” – kupiec działający w przemyśle tekstylnym, przewodniczący a potem honorowy przewodniczący Związku Kupieckiego (Kaufmanische Verein); od 1883 r. (czyli od momentu powstania) członek Towarzystwa Sowiogórskiego (E.G.V.), sekretarz, a następnie przewodniczący tego towarzystwa (jako jeden z dziewięciu otrzymał honorowy tytuł członka E.G.V.); aktywny działacz w wielu instytucjach kulturalnych, współinicjator wielu przemian społecznych i ekonomicznych w Bielawie. *

♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦


Georg Schenk – kamień poświęcony pamięci jednego z właścicieli Góry Krasnoludków (Herrleinberg), rodzina Schenków udostępniła ją mieszkańcom miasta, a także prowadziła tu restaurację (Herrleinbergbaude) z tanimi posiłkami, wspierając ruch turystyczny w tej części okolicy.

Zapytają Państwo skąd ta potrzeba pisania o nich… Cóż choć napisy nań wykute są w obcym nam języku, który myślę już dziś nie budzi tyle kontrowersji co w latach powojennych, to przecież opowiadają nam historię ludzi, którzy tak samo kochali nasz Dolny Śląsk jak my. Ślady ich działalności odczuwamy po dziś dzień np. wytyczone szlaki turystyczne, linie kolejowe, elektrownie wodne itp. Wiele pozostałości po działaniu tych osób jest dziś w naszym rozumieniu zabytkami, stając się często znanymi atrakcjami turystycznymi danego regionu, które na nowo są odkrywane. Choćby przez to warto okazać szacunek tym ludziom , zachowując pamięć o tych skamieniałych wizytówkach, strzegących historii miejsca, w którym mieszkamy. Dzięki temu przetrwamy i my, stając się jej integralną częścią – częścią historii Dolnego Śląska.

Do tej pory wydano wiele lokalnych publikacji opisujących tytułowe „zaklęte kamienie”, ale żadna z nich nie obejmowała swą treścią całego obszaru naszego województwa i żadna nie zdołała odkryć ich wszystkich. Informacje w nich zawarte mają często to do siebie, że są dość ogólnikowe i niekompletne. Powodem bywa brak dokumentów źródłowych, starych fotografii, lub zwyczajnie miejsca na opowiedzenie ich pełnej historii. Pojawia się także chęć zatajenia przez samych autorów, „miejsca spoczynku” interesujących nas reliktów, wszystko z pewnością po to, by zapobiec ewentualnym kradzieżom lub dewastacji. Nasze Towarzystwo wybrało inną drogę. Uważamy, iż większą przysługę społeczeństwu oddamy pomagając w krzewieniu świadomości historycznej, przedstawiając fakty takimi jakie są. Tylko tak ochronimy je przed najgorszym losem jaki może je spotkać – zapomnieniem. Drodzy czytelnicy, niniejszy wpis jest zachętą i apelem do Państwa, o odszukanie informacji dotyczących takich właśnie miejsc pamięci. Zapewniamy, że żadna odpowiedź z Państwa strony  skierowana na nasz apel , nie pozostanie bez echa! Postaramy się, aby na łamach naszej strony internetowej powstało swego rodzaju „multimedialne muzeum zaklętych w kamień”, do którego będą Państwo mieli zawsze dostęp jako współtwórcy projektu. Może dzięki Państwa wiedzy i pomocy uda nam się stworzyć rzetelną bazę takich obiektów.

Jak zawsze zachęcamy do dyskusji w gronie najbliższych i kontaktu z nami.

Szczególne podziękowania kierujemy do Panów Tadeusza Łazowskiego i Arnolda Kordasiewicza za pomoc i udostępnienie zebranych przez siebie materiałów na temat opisanych przez nas obiektów.

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć w galerii.

 

Kontynuacja wątku w Kalendarium

 

Komentarze i pytania są mile widziane.

Udostępnij
lip 312012
 

Czas mija bardzo szybko…ludzie obchodzą ważne rocznice, najczęściej świętują corocznie własne przyjście na świat. Z upływem lat chęć przypominania sobie o własnych urodzinach maleje ale chętnie za to zaczynamy celebrować inne wydarzenia. Przygoda z eksploracją oraz historią naszego regionu dla kilkoro z członków Dolnośląskiego Towarzystwa Historycznego zaczęła się 20 lat temu… Działaliśmy wtedy w grupie KRET, która niestety rozpadła się po kilku latach wskutek wewnętrznych sporów. Nie jest to miejsce na przypominanie konfliktów ale raczej na podsumowanie tego co wtedy robiliśmy. Pamiętny rok 1992, inwentaryzacja pozostałości po Riese ale przede wszystkim eksploracja istniejących obiektów. Odkrywaliśmy na nowo, to, co Piotr Kruszyński jako kierownik wielu ekspedycji, odkrywał 20 lat wcześniej, podczas cyklicznych, zorganizowanych wyjazdów w Góry Sowie wraz ze studentami oraz entuzjastami badania Gór Sowich. Wiedza Piotra opierała się na badaniach terenowych oraz przede wszystkich rozmowach ze świadkami historii. Wynikiem tych prac jest jego obszerne prywatne archiwum. My, na początku lat 90-tych, chcieliśmy odkrywać (odkopywać!) i można śmiało powiedzieć, że nieźle nam to szło. Nie dane nam było jednak poznać wielu świadków historii osobiście. Czas zaciera ślady w sposób banalny – świadkowie wydarzeń z 1945 roku nie powiedzą już wiele. Dziś, po 20 latach od odkopywania sztolni w Jugowicach, pracach na Osówce (uskok) i Włodarzu (zawał na hali), historia zatacza znowu krąg. To co było klarowne wtedy, dziś jest znowu owiane tajemnicą. „Eksploracja” zaczyna sprowadzać się do  kopiowania informacji z internetu, bez jakiejkolwiek ich weryfikacji. Fałsz powtórzony wielokrotnie staję się faktem a błysk fleszy skutecznie zasłania niewiedzę wschodzących medialnych gwiazd. Powstają książki oraz opracowania, które są kompilacją faktów, mitów oraz ludzkiej fantazji. Powstaje „rynek tajemnicy” i marketing wokół niego. Dla promocji regionu Dolnego Śląska jest to ważne ale gdzieś musi być granica pewnej ludzkiej przyzwoitości. Inaczej historia wypłowieje a jej dalsze koloryzowanie nie będzie przynosiło spodziewanych efektów.

Dla nas, jako ludzi zrzeszonych w DTH, ważne jest, żeby nie przekroczyć tej właśnie granicy. Historia sama w sobie jest wystarczająco ciekawa, niepotrzebna jej gruba warstwa scenicznego makijażu. Dla tych z Państwa, którzy czasem lubią powspominać czasy bez internetu oraz telefonów komórkowych, przygotowaliśmy kilka zdjęć (a dokładniej – skany zdjęć wykonanych nieśmiertelnym aparatem marki ZENIT) z naszej kolekcji. Tu akurat – kopanie szybu w Jugowicach Górnych w roku 1993. Dziś trudno nawet znaleźć ślady tego szybu na łące, tak dokładnie natura zaciera ślady naszej działalności. Być może za kilka lat, ktoś odnajdzie to miejsce (np. georadarem) i uzna je za efekt pracy więźniów obozu, informując w mediach o kolejnym odkryciu w Górach Sowich 😉

Galeria 🙂

Komentarze i pytania są mile widziane.

Udostępnij
maj 202012
 

Każdy z nas w wolnych chwilach lubi połączyć przyjemne z pożytecznym. W taki właśnie sposób, rodzinna wycieczka może stać się kluczem do rozwikłania przypadkowo napotkanych zagadek historycznych. Tak było i tym razem…

Wyprawa nad zalew w Radkowie zwieńczona została spacerem po centrum tej interesującej miejscowości. Co prawda pod względem urbanistycznym, miasto to nie bije rekordów w statystykach, ale za to stojąc przed renesansowym ratuszem z 1545 roku, na naszych oczach magia, chwytając czas za wskazówki, stara się powstrzymać jego nieubłaganą naturę. Powoli z zakamarków, urzekając swoją architekturą, wyłaniają się dwa kościoły: św. Doroty z XVI w. oraz poewangelicki – pomocniczy św. Andrzeja z 1905 roku. W starych zabytkowych kamienicach z ulic B. Chrobrego, Jagiellońskiej i Grunwaldzkiej historia wciąż przegląda się w lustrach, niczym dziewiętnastowieczna zalotnica. Serce cieszy również fakt, że i sami mieszkańcy, zarówno byli jak i obecni, nie zapominają o urokach swojego miasta, popularyzując je choćby w internecie, na stronach serwisów takich jak wrocławski Hydral (link), czy też lokalnej stronie gminy Radków.

Naszą uwagę przykuwa tajemniczy budynek, który jak się wkrótce okazało, nie podzielił losu pozostałych miejskich zabytków, dumnie broniąc dostępu do kart swojej własnej historii. Mowa o byłym, starym szpitalu przy ulicy Parkowej/Szpitalnej (niegdyś Grabenstrasse). Obiekt prezentuje się bardzo okazale i od razu zachęca do sfotografowania. Sądząc po zgromadzonych wokół materiałach budowlanych oraz rozłożonym rusztowaniu, to już ostatnie jego chwile w obecnym stanie. Śmiało więc wykonujemy kilka pamiątkowych zdjęć.

Po powrocie z wycieczki przychodzi czas na analizę zebranych informacji w siedzibie towarzystwa. Pozyskanie dodatkowej wiedzy na temat tego ciekawego obiektu zaczynamy od poszukiwania starych fotografii na Hydralu – niestety bez rezultatu. Jedynym śladem istnienia budynku w internecie, są prywatne blogi fotograficzne, na których znajdujemy kilka aktualnych zdjęć budynku. Wracamy więc do punktu wyjścia…

Mimo, iż uważamy internet za największy wynalazek naszej epoki, to jednak traktujemy go wyłącznie jako wstępne źródło informacji. Z pomocą przychodzi nam Pan Marek Bednarczyk, asystent ds. realizacji projektów przy Urzędzie Miasta i Gminy Radków. Po przeprowadzonej, bardzo rzeczowej i miłej rozmowie, przesyła nam skan fragmentu książki Tadeusza Biedy, opowiadający historię tego zagadkowego obiektu. Z tekstu dowiadujemy się, że dawniej był to miejski szpital zakaźny im. Odona Bujwida, a potem zakład opiekuńczo-leczniczy. Jego budowę rozpoczęto w 1892 roku z inicjatywy ówczesnego proboszcza Franciszka Urbana. Do wojny zarządzała nim fundacja kościelna. Budynkiem opiekowały się kolejno siostry ze zgromadzenia Genossenschaft der Krankenschwestern oraz Franciszkanki. Po wojnie zaadoptowała go polska służba zdrowia. Z książki dowiadujemy się również o bogato zdobionej kapliczce, mieszczącej się w wewnątrz budynku. Zdobią ją freski Ryszarda Richtera z Kłodzka i litografie Martina Rommela ze Stuttgartu, ufundowane, jak podaje autor, przez rodzinę Fickert (Gustava, Bruno i Berthe). Na tym niestety kończy się krótki opis.

Wydawałoby się, że to koniec niespodzianek, tym czasem uważna analiza jednego z posiadanych zdjęć ujawnia kolejną zagadkę. Zdjęcie zachodniej części obiektu pokazuje jedno z bocznych wejść. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie zdobiący je portal… z elementami symboli używanych przez wolnomularzy! Skąd takie symbole na budowli, która powstała z inicjatywy kościelnej i aż do teraz nie była w prywatnym posiadaniu? Czyżby w budynku mogła mieścić się loża masońska!?

Cóż, nasza wiedza w temacie dotyczącym zwyczajów masonerii jest dość skromna, opiera się jedynie na przeczytaniu kilku ogólnodostępnych publikacji. Siłą naszego towarzystwa są przede wszystkim ludzie – rozległe kontakty pozyskane dzięki współpracy z osobami nietuzinkowymi, fascynatami, wybitnymi specjalistami w swoich dziedzinach. Tym razem pomocną dłoń wyciągnął dr. Rafał Brzeziński, dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej i Bielawskiej Placówki Muzealnej. To on skierował nas do człowieka, który w Polsce o masonerii wie wszystko. W ten sposób mieliśmy zaszczyt poznać Pana dr. Norberta Wójtowicza, laureata „Złotego Pióra” – wyróżnienia przyznawanego przez prestiżowy magazyn „Wolnomularz Polski”, wybitnego znawcę kultury masońskiej, pracownika Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu.

Po kilku wyczerpujących rozmowach telefonicznych i wymianie danych, otrzymaliśmy solidną porcję rzetelnych informacji na temat symboliki stosowanej w architekturze wolnomularskiej. Okazało się, że analiza wyglądu szpitala wskazuje na kilka elementów mogących sugerować związek omawianego obiektu z masonami:

– portal nad wejściem zdobiony cyrklem i węgielnicą, które skrzyżowane stanowią niejako najbardziej rozpoznawalny „znak markowy” ruchu wolnomularskiego,

– wejście z portalem ulokowane od strony zachodniej (mimo, że nie jest wejściem głównym do budynku, tylko na nim występują wspomniane wcześniej symbole), a więc zgodnie z wymogiem zorientowania geograficznego istniejącego w przypadku świątyń wolnomularskich,

– wewnętrzna kapliczka znajdująca się na wschodniej ścianie budowli, zgodnie ze wspomnianą orientacją geograficzną świątyń wolnomularskich, gdzie strona ołtarza znajduje się na wschodniej stronie świątyni,

– trzy duże witraże wpuszczające światło do kapliczki, mogące mieć związek z istotną dla wolnomularzy symboliką liczby trzy,

– marmurowy sześcian wpasowany w ołtarz, mogący stanowić nawiązanie do pojawiającego się w lożach kamienia kubicznego.

Wyglądało to bardzo pięknie, ale dr.Wójtowicz dorzucił zaraz do tej beczki miodu także łyżkę dziegciu podkreślając, iż jest równie prawdopodobne, że wspomniane fakty nie mają związku z ruchem masonów. Motyw cyrkla i węgielnicy pojawiał się niejednokrotnie na budowlach nie mających związku z wolnomularstwem, a zorientowanie geograficzne kapliczki jest charakterystyczne również dla świątyń chrześcijańskich, gdzie ołtarze umieszczane są we wschodniej części kościołów. Jak zaznaczył nasz ekspert, symbole używane przez wolnomularzy miały bardzo subtelny wydźwięk. Ich rolą była wszechobecna dwuznaczność, dzięki której doskonale komponowały się z otaczającą je rzeczywistością. Ponadto w dostępnych źródłach, brak udokumentowanych wzmianek o działaniu w tym regionie loży masońskiej, podważa możliwość jej istnienia w tym obiekcie. Mimo to ekspert pozostał daleki od wydania jednoznacznego osądu całej sprawie. Wskazał na fakt, iż znalezione przez nas ślady nie pozwalają na potwierdzenie tezy o związkach budynku z wolnomularstwem, choć równocześnie zaznaczył uczciwie, że nie ma dowodu pozwalającego w sposób definitywny taką tezę obalić. Wszystko to tylko podkreśla złożoność podejmowanej przez niego tematyki i trudność analizy wielu faktów historycznych.

Nic nie wskazywało na rozwiązanie tej ciekawostki, podsycając w nas jedynie głód wiedzy. Kolejna nie rozwiązana zagadka …nic bardziej mylnego! Pozyskane od zaprzyjaźnionego „budowlańca”, zdjęcia ze środka kapliczki okazują się być kluczem do zrozumienia zagadki. Na jednym z trzech witraży, pośród wymienionych wcześniej przez Tadeusza Biedę fundatorów znajduje się tajemnicza organizacja Gesellenverein – klub rzemieślników. Jak wspominał nasz wcześniejszy rozmówca dr. Norbert Wójtowicz, oprócz wolnomularstwa istniało wiele towarzystw, zrzeszeń nań wzorowanych. Niejednokrotnie czerpały one wiedzę oraz pomysły z ideologii masońskiej, często wykorzystując przy tym tą samą symbolikę, a nawet posiadały podobne struktury organizacyjne.

Kluby rzemieślników były stowarzyszeniami zrzeszającymi niezależnych rzemieślników, tworzone na zasadach działalności zawodowej, w celu wspierania rozwoju zawodowego oraz wsparcia społecznego. Rezultatem ich działań były wybudowane liczne hospicja czeladnicze. Bardzo często pojawia się określenie katolicki klub rzemieślników, co podkreśla ich związek z instytucjami kościelnymi. Pierwszy taki klub powstał w 1846 roku w Elberfeld, jego założycielem był nauczyciel Johann Gregor Breuer.

Nieoczekiwanie dostrzegamy związek między organizacją Gesellenverein, a tajemniczymi symbolami. Węgielnica i cyrkiel – atrybuty rzemieślników, są symbolami samymi w sobie. Przestaje dziwić fakt związku budowli z fundacjami kościelnymi, a oczywistą staje się funkcja społeczna jaką niegdyś pełniła. Gdy do tego wszystkiego dodamy fakt istnienia wielu towarzystw wzorowanych na wolnomularstwie… Wszystko staje się jasne.

Tym samym dobiega końca kolejna przygoda z historią. Znalezione przez nas podczas niedzielnego spaceru symbole „masońskie”, ukrywają historię zupełnie innej organizacji, mającej również niemały wpływ na życie ówczesnych mieszkańców miasta. I tak oto wszystko ułożyło się w logiczną całość, kolejne elementy zaczęły do siebie pasować, ukazując prawdziwą historię ciekawej budowli.

Dziękujemy Państwu za lekturę niniejszego artykułu. Jak widać jedynie wytrwałe i żmudne dążenie do poznania prawdy można nazwać mianem odkrywania prawdziwej historii. Wszystkie inne sposoby, jakże popularne dzięki swojej przebojowości, tworzą wyłącznie niepotwierdzone mity i legendy… Magia historii czeka na nas na każdym kroku… spacerując po naszych rodzimych miastach i miasteczkach, zwróćmy uwagę na tajemnice spoglądające na nas z miejsc, obok których, w pośpiechu dnia codziennego, przechodzimy zazwyczaj obojętnie. Poświęćmy im chwilę zastanowienia, nie zapominajmy o nich!

Zachęcamy Czytelników do wspólnych rozmów w gronie znajomych, przyjaciół o miejscach, które stanowią Państwa najbliższe otoczenie. Być może zechcą się Państwo podzielić swoimi obserwacjami- zachęcamy do kontaktu z nami. Nawet jeśli nie będziemy znali odpowiedzi na zadane pytanie, na pewno nie ugniemy się przed trudem dotarcia do prawdy, by móc Państwu na nie odpowiedzieć.

Zapraszamy do obejrzenia galerii.

Komentarze i pytania są mile widziane.

Udostępnij
maj 052012
 

Tegoroczną „majówkę DTH” w całości wykorzystaliśmy na odwiedzenie miejsc, które znamy już od…bagatela 20 lat… Odwiedziliśmy miejsca w Górach Sowich, które mają kluczowe znaczenie w poznawaniu tajemnic Dolnego Śląska. Naszym celem były obiekty naziemne oraz podziemne, które niejednokrotnie mieliśmy już okazję eksplorować, działając w połowie lat 90. w grupie KRET. Pretekstem do takiego spędzenia wolnego czasu był przyjazd do Polski Piotra Kruszyńskiego wraz z zaprzyjaźnioną grupą z WildOst. Dodatkowo, była to też okazja do spotkania się z Andrzejem Ditrich – członkiem  Sekcji Historyczno Eksploracyjnej Towarzystwa Przyjaciół Sopotu, który skorzystał z naszego zaproszenia i przyjechał na Dolny Śląsk. Ze strony niemieckiej, obecni byli także przedstawiciele grupy opiekującej się obiektami podziemnymi w Turyngii. Nie zabrakło też dawnych mieszkańców okolic Jugowic i Walimia, którzy mimo podeszłego wieku świetnie radzili sobie w górskim terenie. W trakcie jednej z wycieczek po Włodarzu, natknęliśmy się nawet na grupę obcokrajowców z Wielkiej Brytanii, którzy przyjechali w Góry Sowie specjalnie, żeby zobaczyć tą część kompleksu. Jednym słowem, było to spotkanie wielu ludzi, z odległych terenów i różnych krajów, których połączyła chęć próby konfrontacji z dolnośląskim olbrzymem – Riese.

Nie jest naszą intencją dokładna relacja z tego spotkania. Dla nas liczy się fakt organizacji platformy do dyskusji dla wielu osób, na której można w sposób rzeczowy rozmawiać o Riese, spierać się, a później wieczorem wspólnie odpocząć przy zimnym piwie (niejedno sympozjum mogłoby nam pozazdrościć uczestników i atmosfery). Dyskusja w terenie to przede wszystkim doskonała okazja do bezpośredniego wskazania miejsc, które nas interesują. Taka konfrontacja z rzeczywistością przynosi wspaniałe efekty, nie ma wtedy tego poczucia absurdu, które często spotykamy na forach internetowych, gdzie rozmówcy często spierają się o znaczenie miejsc, które widzieli jedynie na fotografii lub mapie z geoportalu. Obserwując wspólne rozmowy, słysząc język polski, niemiecki i angielski, można było dojść tylko do jednego wniosku – to czas dialogu i nowych możliwości działania.

Nie przedłużając „patetycznego” wpisu, zapraszamy Państwa na to, co najlepiej oddaje tamten czas – do obejrzenia zdjęć w naszej galerii oraz filmu. Autorem większości fotografii jest Andrzej Ditrich, który wspaniale umieścił w kadrach najciekawsze momenty naszej majówki.

Dth tv

Komentarze i pytania są mile widziane.

Udostępnij
kwi 302012
 

Długie, zimowe wieczory, były często świetną okazją do prowadzenia rozmów na temat prac, które zamierzamy wykonać jako Towarzystwo w 2012 roku. Był to okres burzliwych narad podczas, których ustalaliśmy priorytety na nadchodzący sezon. Jednym z nich została opatrzona pewna niedokończona sprawa z zeszłego roku, o której właśnie będzie ten wpis.

Każdy z nas, oglądając zza okna zaśnieżony krajobraz, wyczekiwał z niecierpliwością pierwszych oznak wiosny w terenie, która ciepłymi promieniami słońca ogrzeje ziemię i pozbawi jej lodowych okowów.. Dni stawały się cieplejsze, dłuższe, a słońce coraz śmielej wychodziło zza chmur. Znienawidzony śnieg znikał z pól, łąk, ulic…

W końcu nadeszła wiosna z całymi swoimi przywilejami, a wraz z nią otrzymaliśmy przepustkę od natury na realizację wszelkich planów dotyczących działania w terenie. Po kilku rozmowach telefonicznych oraz spotkaniu, ustaliliśmy, że w kwietniu dokończymy sprawę poszukiwania motocykla zakopanego przez Niemców w 1945 roku. Przystąpiliśmy do działania. Andreas skontaktował się z sympatycznymi właścicielami posesji, państwem S., którzy wyrazili zgodę na dalsze poszukiwania.  21 kwietnia o godzinie 10:30 spotykamy się w Wałbrzychu, gdzie przystępujemy  ponownie do rekonesansu. Do ekipy dołącza także Olek, nasz dobry znajomy, który zainteresował się tematem.

W poszukiwaniach pomocnymi okazują się stare zdjęcia, odszukane przez Pana Andrzeja. Korzystając z nich sporządzam szkic, na podstawie którego planujemy wytyczyć miejsce poszukiwań.

Teoretycznie sytuacja zdaje się być klarowna. Z dokładnością do kilku metrów ustalamy miejsce, w którym zakopano motocykl.  Jacek z Krzyśkiem, Olkiem i Tadeuszem za pomocą wykrywaczy, przystępują do wstępnego oczyszczenia terenu  z drobnych metalowych obiektów, zalegających w gruncie.  Jak to w przydomowych działkach bywa, jest tego sporo… Na rozścielonych  płachtach rosną pokaźne góry ziemi oraz żelastwa, odkładanego sukcesywnie na bok. W końcu zalega cisza.  Możemy przystąpić do poszukiwań wykrywaczem ramowym, sprzętem niezwykle czułym oraz przystosowanym do poszukiwań na znacznych głębokościach. Do akcji wkracza Jacek; przez kilka minut dostraja urządzenie, wydające z siebie różnorakie dźwięki- od niskiego buczenia na wysokich piskach kończąc.  W międzyczasie  z Krzyśkiem opróżniamy ubrania z wszelkich metalowych przedmiotów, aby nie zakłócały pracy detektora. Andreas z resztą ekipy odkładają na bok łopaty, saperki…

Ruszamy. Idziemy powoli, słuchając poleceń wydawanych przez operatora. Posuwamy się krok za krokiem, sukcesywnie przeczesując  teren. Co pewien czas zatrzymujemy się a wtedy do pracy wkracza reszta ekipy, usuwając z ziemi metalowe przedmioty zakopane  głęboko.  Pomimo, że opisywana sytuacja trwa długo, nie przynosi efektów… Głębokość wykopu sięga miejscami jednego metra i to na znacznej powierzchni… Zmęczenie daje się we znaki; nie rozpieszcza także aura, która częstuje nas kilkoma krótkimi ale obfitymi opadami deszczu…

Z aplauzem przyjmujemy więc propozycję Andreasa- „Sprzęt na bok, rozpalamy grill”  🙂

Było to potrzebne, ponieważ nic tak nie poprawia humoru jak smaczne jedzenie.  Po chwili „towarzycho” milknie, zajadając się kiełbaskami, przygotowanymi przez naszego „Vice”  oraz Paulinę.  Jest to chwila przysłowiowego „luzu”; pełnego żartów i miłych wspomnień… Hitem „grillowania” była porcja ketchupu nałożona na talerz przez Jacka- chwila nieuwagi, a połowa sosu wraz z zakrętką ląduje w grządkach obok talerza. Mina Jacka- bezcenna; za resztę można- jak w reklamie- zapłacić kartą Mastercard 😉

Powracamy jednak do poszukiwań- powtarzająca się sekwencja czynności, komend… Niestety, wymiernych rezultatów wciąż brak… Czyżby „motocykl widmo”?

Późnym popołudniem pęka „bomba”! Pan Andrzej wykopuje z przepastnej kolekcji jeszcze inne zdjęcia, które uważnie przeglądają z Pauliną. Wynika z nich, że po wojnie zmieniono granicę posesji. Był także jeszcze jeden rząd drzew, obecnie nieistniejący…  Sprawdzenie tej powierzchni nie nastręcza w teorii wielkich problemów, gdyby nie to, że w opisywanym miejscu stoją obecnie wybudowane w latach 80-tych budynki gospodarcze oraz szklarnie.  Jeśli Niemiec, będący w 1945 roku małym chłopcem, kilkadziesiąt lat później pomylił drzewka, to motocykl leży głęboko pod zabudowaniami! To już niestety przeszkoda nie do pokonania… Nikt nie będzie wyburzał budynków i szklarni…

Czując gorycz przegranej,  przywracamy stan posesji do porządku. Zasypujemy wykopy, ubijamy ziemię… Pomimo tego w naszej świadomości kiełkuje przeświadczenie,  że zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy, aby wbrew wszelakich trudności wyjaśnić ciekawą sprawę i zamknąć kolejny, malutki rozdział historii…

Zapraszamy Państwa do obejrzenia zdjęć w galerii.
 
Komentarze i pytania są mile widziane.
Udostępnij
Translate »